SIOSTRY SŁUŻEBNICZKI NIEPOKALANEGO POCZĘCIA
NAJŚWIĘTSZEJ MARYI PANNY
Portal Duszpasterstwa Powołań Prowincji Najświętszego Serca Pana Jezusa

ŚWIADECTWA OSÓB POWOŁANYCH

swiadectwa

HISTORIA MOJEGO POWOŁANIA

Każdego Bóg prowadzi inną drogą, po której idąc ma dojść do Niego...

W przedziwny sposób Pan Bóg poprowadził mnie do siebie. Nie było w tym konkretnego znaku, "gromu z jasnego nieba", ale dziś, z perspektywy czasu, mogę stwierdzić, że małymi, codziennymi wydarzeniami dnia - Pan szykował mnie do odpowiedzi na Swoje "Pójdź za Mną".

Moje życie religijne, to, które pamiętam, rozpoczęło się w wieku 5 lat, gdy babcia zaprowadziła mnie na katechezę do parafii. Pamiętam wtedy moje wzburzenie, gdy oglądałam dyplomik na koniec roku katechetycznego, a tam było napisane: "Dyplomik uczęszczania na pogadanki religijne". Jak można taką poważną rzecz, jaką jest religia, nazwać pogadanką? Długo nosiłam w sobie ten bunt. Aż po kilku latach, przy ponownym spotkaniu z tą siostrą katechetką - już w formie żartobliwej, opowiedziałam jej o swoich dziecięcych odczuciach.
Dziś śmieję się z tego, ale pokazało mi to, jak wiara, której wtedy nie umiałam nazwać, była dla mnie ważna.

Od tego pierwszego kontaktu ze siostrą - zaczęłam dumnie wszystkim powtarzać, że gdy dorosnę - będę taką siostrą... Na ile byłam świadoma tego co mówię - nie wiem. Przypuszczam, że wiele dziewcząt w tym wieku myślało o tym samym.

A Jezus? - był obecny, jednak wtedy jeszcze nie wiedziałam, że można z Nim rozmawiać. Mój kontakt z Jezusem polegał na regularnym pacierzu rano i wieczorem, z babcią. Obowiązkiem wieczornej modlitwy była litania do Matki Bożej, a na koniec zawsze pieśń Maryjna. Pamiętam, że w wieku 9 lat powiedziałam, a raczej wyrecytowałam, mamie całą Litanię, bez pomocy książeczki.

Lata szkoły podstawowej były dość spokojne. Nigdy nie miałam problemu z wyuczeniem się modlitw, tzw. małego katechizmu. Ja je po prostu umiałam. I w tym odbiegałam od grupy katechetycznej. W klasach młodszych (1-3), po katechezie na salce, lubiłam z koleżankami iść do Groty Matki Bożej, która była przy parafii, i posprzątać tam trochę. Tak mi trudno było, po katechezie, wracać do domu.

Problemy z wiarą zaczęły się w szkole średniej. Jak większość nastolatek, przeżyłam swój kryzys, kryzys wyborów. Tutaj babcia już nie wkraczała, bo ja chciałam się usamodzielnić.

W pierwszej klasie liceum lekcja religii już odbywała się w szkole. Od strony wychowawczej miałam dość trudną klasę. Ksiądz katecheta nie mógł sobie z nami poradzić...
A ja szukałam wsparcia...Zaczęły się problemy w domu...
Uciekałam z domu, uciekałam do kościoła. Potrzebowałam ciszy...
Zaczął się czas kryzysu mojej wiary...
A Jezus... - małymi kroczkami wchodził w moje życie...
Na prośbę siostry z parafii - sporadycznie zaczęłam pomagać jej przy dzieciach. W klasie maturalnej - zaangażowałam się już dość znacznie, szczególnie w przygotowanie dzieci do I Komunii św.
Czekałam... na co?...na Kogo?

To była niedziela - dzień I Komunii św. "moich dzieci". Dzieci podchodzą do kapłana - przyjmują Jezusa do swego serca. I w tym momencie "coś" we mnie pękło. Łzy zaczęły same wylewać się z oczu: "Jezu - jak ja im zazdroszczę...One przyjmują Ciebie z czystym sercem do siebie...a ja... co ja zrobiłam ze swoim życiem...?".

Od tego dnia zaczęłam jeszcze głośniej krzyczeć w sercu - JEZU, POMÓŻ MI...

Każdą wolną chwilę spędzałam w kościele - przed Jezusem. Chciałam, aby ktoś podszedł, złapał za ramię i powiedział: chcesz porozmawiać?... Tak tego pragnęłam...

Minęły wakacje, a ja wciąż czekałam...
Aż któregoś,wrześniowego popołudnia, będąc w parku z dziećmi na kasztanach, podeszła do mnie siostra zakonna. Nigdy jej wcześniej nie znałam, nie widziałam. Zaczęłyśmy rozmawiać. Ona zaproponowała mi grudniowe skupienie dla dziewcząt w domu sióstr.

Rozstałyśmy się. A ja - w tym całym oszołomieniu - nie pamiętałam jej imienia. Byłam zła na siebie. W głębi serca czułam, że spotkanie z tą siostrą, jest odpowiedzią Jezusa na moje wołanie. Jak zwykle - Jezus przeprowadził to "po swojemu", nie tak, jak ja chciałam - w kościele, ale w parku, pod kasztanami.

Wrzesień wlókł mi się niesamowicie. W październiku zaczęłam uczęszczać na nabożeństwa różańcowe...motywacja-aby spotkać tę siostrę. Wiele razy "szłam na próżno"...,ale się nie poddawałam. Prosiłam Maryję o pomoc. Aż pod koniec m-ca udało się!
Otrzymałam kolejną szansę od Jezusa - zacząć nowe życie...

I skorzystałam z tej szansy. Na skupieniu, podczas spowiedzi św., oddałam Jezusowi w s z y s t k o. Bałam się, ale nie chciałam już dłużej tak żyć. Tęskniłam za NIM, bardzo GO potrzebowałam.

Kolejne dwa lata to utwierdzenie się w powołaniu. Rekolekcje, skupienia, rozmowy...Czułam dziwną tęsknotę za Jezusem. A jednocześnie pragnęłam skakać z radości i dzielić się ze wszystkimi tym, czego On dokonywał w moim sercu. W domu - moim wiernym słuchaczem była babcia, która, z pewnością, w swoje codzienne paciorki różańca, wplatała i mnie.

Minęły dwa lata, ukończyłam studium ekonomiczne, zdobyłam zawód i... już wtedy wiedziałam, co dalej. Na 26 sierpnia (czyli w Święto Matki Bożej Częstochowskiej) 1996 r. miałam wyznaczony termin rozpoczęcia aspiratu w Zgromadzeniu Sióstr Służebniczek Niepokalanego Poczęcia NMP. Lęk był, ale było też i błogosławieństwo rodziców. I to mi dodawało sił.

Minęło 11 lat od mojego wstąpienia. Doświadczenia, jakimi Pan mnie obdarowywał każdego dnia, wzmocniły moje powołanie. Dziś wiem, że to Jezus, mój Oblubieniec, walczył o mnie, do końca, do krzyża...
Walczył o miejsce w moim sercu...
Walczył o moje życie... I zwyciężył!

Czy jestem szczęśliwa? - tak.
Przecież każdego dnia, tak jak Maryja, noszę pod swoim sercem Jezusa, którego przyjmuję w Komunii św. I to ode mnie zależy, czy będzie ON wzrastał w moim wnętrzu. Czy pozwalam Mu się karmić Jego Słowem. To tak jak każda matka nosząca w swoim łonie dziecko: od jej odżywiania się i sposobu życia zależy rozwój dziecka...

I jeszcze jedna refleksja: dopiero jak byłam w nowicjacie moja babcia przyznała się do takiego zdarzenia: Otóż bardzo sama chciała wstąpić do zakonu. Niestety, warunki materialne (wtedy trzeba było wnieść ze sobą pewien posag), nie pozwoliły jej na to. Wtedy, podczas pierwszej pielgrzymki do Częstochowy, poprosiła Maryję, że jeżeli ona sama nie mogła być siostrą, to chociaż niech któreś z jej dzieci lub wnuków.

Droga mojego powołania trwa...Wiem,że Maryja nie opuści mnie i pomoże mi, każdego dnia, na nowo, powtarzać Bogu: FIAT.

Siostra Nazaria służebniczka Maryi


SIOSTRY SŁUŻEBNICZKI NP NMP, ul.WILANOWSKA 26 05-510 KONSTANCIN-JEZIORNA, tel.022 756 44 36